Sans-serif

Aa

Serif

Aa

Font size

+ -

Line height

+ -
Jasne
Ciemne
Sepia

Ejże! Historia Fire Saga na więcej ciepłych słów zasługuje!

Gigantyczna liczba oczekiwań i komentarzy dotyczących pierwszego nagranego z rozmachem filmu o Konkursie Piosenki Eurowizji potrafiła błyskawicznie przyprawić o mdłości. Stąd bez żadnego pośpiechu czekałem aż najdzie mnie wena do obejrzenia tej produkcji. Nadeszła miesiąc po premierze i ze sporą dozą przyjemności mogę przyznać, że bawiłem się dużo lepiej, niż się tego pierwotnie spodziewałem. Co najbardziej zwróciło moją uwagę i jak moje odczucia przekładają się na oceny wystawione przez innych fanów? Przekonacie się już teraz czytając ten tekst!

To była komedia, a nie film dokumentalny…

Bez trudu jestem w stanie podać wiele przykładów znanych mi osób, które ze wdawania się w dyskusje w internecie uczyniły swoje główne hobby. Rzecz to z mojego punktu widzenia dosyć osobliwa (bo po stokroć absorbująca bezcenny czas i koniec końców prowadząca najczęściej do utarczek słownych pozbawionych wartościowych konkluzji), lecz w szerszej globalnej społecznej perspektywie jak najbardziej zrozumiała. Trudno więc dziwić się, że głodni odebranej tradycji, zasmuceni rzeczywistością i poszukujący iskierki pocieszenia fani Eurowizji z pasją śledzili losy powstawania debiutującego 26 czerwca filmu. Co istotne ta pierwotna żywa energia nie opuściła ich też po trafieniu produkcji na platformę Netflix, co zaowocowało tsunami opinii publikowanych pod każdym możliwym fanowskim źródłem. Spora część z nich potrafiła jednak zaskoczyć nawet mnie, czyli osobę szczerze zatroskaną tym, w jaki sposób wizja Willa Ferrella i Andrew Steela wpłynie na wizerunek największego muzycznego show na świecie. Ten właśnie sceptycyzm wyrażałem zresztą kilkukrotnie podczas naszych wejść na żywo z serii #reacts nadawanych na naszym profilu Facebook dni i tygodnie przed premierą filmu.

Szczególnie zaskakującym dla mnie zjawiskiem był i nadal jest fakt, jak wiele osób bezboleśnie wykasowało ze swoich umysłów prosty zestaw gotowych informacji. Po pierwsze The Fire Saga nigdy nie miało być dokumentem, z pompą obrazującym i tłumaczącym światu z <<czym się je>> świat Konkursu Piosenki Eurowizji. Trafnie dobranymi lub nie materiałami archiwalnymi uzupełnionymi o wypowiedzi siedzących na wygodnych fotelach reprezentantów państw z najróżniejszych lat. Każda zapowiedź, wywiad z członkiem obsady aktorskiej czy samo spojrzenie na CV Ferrella zwiastowało nam komercyjno-komediowe widowisko. Momentami <<głupie jak but>> lecz śmieszne (np. scena z ujawnieniem się uwielbianych przez Sigrid elfów czy odśpiewywana w barze przyśpiewka Ja Ja Ding Dong), a w innych scenach rozczarowujące i żenujące (tutaj na myśl przychodzą mi gagi z optycznym powiększaniem penisa Larsa oraz przedzieraniem się przez publiczność na preselekcyjną scenę).

No i cóż, że ze Szkocji ten finał nadawany!

Mając na uwadze powyższy stan rzeczy, z trudem odnajduje w sobie zrozumienie do często długich oraz przepełnionych goryczą litanii dotyczących braku odwzorowania poszczególnych smaczków, oraz szczegółów dotyczących organizacji wydarzenia. Jakkolwiek mogłoby się to wydawać komuś wątpliwe, to reżyser David Dobkin zapewne nie posiadał w swojej umowie klauzuli <<bezwzględnego posłuszeństwa jedynemu i słusznemu dogmatowi Eurowizyjnemu>>. A skoro tak, mógł razem z całą obsadą filmu kreować około konkursowe uniwersum na taki sposób, aby <<casualowy>> widz (a w taką widownie celowali twórcy) nie czuł się zawiedziony. Dla takich własnie osób m.in. obecność Hiszpanii w półfinale, sposób podawania punktów podczas pierwszego show czy wspomniane goszczenie edycji w Edynburgu nie miało absolutnie żadnego znaczenia. Nie zmieniło absolutnie nic w ich podróży z główną fabułą. Nie powodowało skrętu kiszek oraz podświadomej chęci kompulsywnego klepania oburzonych w swym wyrazie InstaStories. Ta praktyka zdecydowanie bliższa była wiernym, wręcz momentami <<hardcorowym>> fanom konkursu, choć i do nich The Fire Saga wielokrotnie porozumiewawczo mrugnęła okiem. Jak bowiem inaczej patrzeć na scenę śpiewania piosenek na imprezie rosyjskiego playboya Aleksandra Lemtova (zagranego znakomicie przez Dana Stevensa) gdzie wyłapać można było multum byłych zwycięzców oraz uczestników ESC? Czy uśmiechu nie mogła wywołać konkursowa scena będąca hybrydą rozwiązań z Lizbony oraz Tel Awiwu? Równie dużą siłę niesie mocno zarysowane przesłanie <<Eurowizja to nie tylko konkurs, to całe nasze życie>>. Niech pierwszy rzuci kamieniem fan, który choćby raz w życiu nie powiedział/napisał/pomyślał w ten sam sposób o wyznawanej przez siebie pasji. Ten rodzaj przywiązania do całej idei jest przecież największą siłą globalnej społeczności fanów i jeśli czymkolwiek wypada się w takim filmie chwalić to właśnie tym!

Jeszcze jednym ważnym aspektem całej Netflixowej produkcji był sposób ukazania Eurowizyjnych występów. Tego, w jaki sposób brzmią konkursowe piosenki i o czym traktują. Ten temat można potraktować dwojako i w zależności od dobrej woli (lub jej braku) bronić lub atakować Willa Ferrella i spółkę. Będąc w tym pierwszym stronnictwie można w łatwy sposób zauważyć, że film prowadził nas do momentu prezentacji zdecydowanie najbardziej wartościowej lirycznie oraz melodycznie produkcji, jaką bez wątpienia jest Húsavík. Skoro więc Rachel McAdams (wspierana przez znakomicie wypracowane struny głosowe Molly Sandén) miała lśnić tak jak wymarzyli to sobie twórcy, reszta kompozycji musiała stanowić tło. Tak wyraźnie słabsze, aby przeważająca liczba widzów nie miała problemu z wysnuciem wniosku o treści <<zamykająca ten film ballada to faktycznie najlepsza piosenka>>. Gdyby jednak okopać się w tym ofensywnym wobec twórców punkcie widzenia, można byłoby się doczepić, że wszelkie zaprezentowane występy były bardzo charakterystyczne. Utrzymane w stylistyce bliskiej Eurowizji… ale z okresu pierwszej połowy XXI wieku. Momentu kiedy Will po raz pierwszy po uprzedniej namowie żony Szwedki obejrzał show. Wtedy też dużo łatwiej było wyselekcjonować z całej grupy propozycji małą liczbę faworytów oraz artystycznie udanych utworów. Z biegiem czasu muzyczny poziom widowiska znacznie się wzmocnił, a różnorodność gatunków (którą film <<wyciął w pień>> sugerując o zgrozo, że ESC poziomem to taki Melfest w wersji light), tylko umacnia ten status.

Ważny krok został wykonany… przyszłość rysuje się w jasnych barwach!

Po wielu latach zupełnej pustki pojawił się film o Eurowizji, który raz słabiej, a raz lepiej prezentuje w krzywym zwierciadle to czym dla nas fanów jest Eurowizja. Dotyka tematu nietkniętego przez innych reżyserów, aktorów oraz nienaznaczonego przez lata innymi kinematograficznymi kalkami. Na kanwie tego podsumowania wyrażam swoją subiektywną radość z powodu obejrzenia tej produkcji z dala od parującego od emocji zbiornika źródeł społecznościowych. Ten zdrowy dystans pomógł docenić wiele pozytywnych aspektów stojących za The Fire Saga i zrozumieć, że minusów jest wiele mniej niż wewnętrznie się tego obawiałem. Solidna obsada aktorska, sporo miłych <<nerdowskich>> akcentów i przepiękne islandzkie krajobrazy postawiły całkiem wysoko poprzeczkę dla kolejnych chętnych na zmierzenie się z tematem Eurowizji w komercyjnym wymiarze. Pozostaje mieć nadzieje, że ta <<rzucona rękawica>> zostanie prędzej czy później podniesiona… a wiele osób (nie tylko z Polski, bo wbrew pozorom krytyka nie płynęła tylko z naszej krainy) zyska zdrowy dystans do naszego ulubionego wydarzenia. Bo kij utkwiony w wiadomą część ciała oraz przesadna małostkowość doprowadzić może tylko do wylewu. Szanujmy swoje zdrowie!

Serdecznie dziękuje wszystkim osobom, które dotarły do samego końca tego artykułu. Już niebawem pojawi się kolejny tekst z serii Moim Okiem, obserwujcie więc naszą stronę internetową oraz profile społecznościowe, aby nie przegapić jego publikacji!